Styczeń 2010 Nr 1

 

 

 

 

Coaching dobry na wszystko?

 

Mam kłopot. Patrzę na coachingowy boom w Polsce z dwóch perspektyw. Po pierwsze – sam jestem od wielu lat trenerem i coachem, mam doświadczenie pracy  z managerami z 15 krajów europejskich, których uczyłem między innymi coachingu. Mam pasję, zależy mi na rozwoju managerów i ich pracowników. Zależy mi też na tym, żeby firmy korzystały z nowoczesnych, a przez to skutecznych form i metod rozwoju kadr. Żeby przyciągały, zatrzymywały i rozwijały talenty swoich ludzi. Dużo się zresztą dziś mówi o „wojnie na talenty”, o gospodarce, która się opiera na wiedzy i kompetencjach raczej niż na materialnych zasobach jako o strategicznej przewadze firmy. Oczywistym jest także to, że zarabiam, kiedy moi klienci kupują ode mnie coaching, więc chcę, żeby go kupowali jak najwięcej.

 

Dariusz Duma

 

Mam jednak drugą perspektywę. Jestem aktywnym przedsiębiorcą, inwestującym w firmy w branży usług, IT, finansów i ochrony zdrowia. Inwestuję i zarządzam. Bardzo często znajduję się więc po drugiej stronie – kupuję szkolenia, coaching, czy też prowadzę je dla ludzi ze swoich firm. To coś zupełnie innego, niż projekt rozwojowy dla klienta. Perspektywa przedsiębiorcy/managera to przede wszystkim wizja i biznesowy pragmatyzm. Walka z konkurencją, zdyscyplinowane zmierzanie do celu, szukanie wzrostu przychodów i redukcji kosztów. Koncentracja i mobilizacja.

To właśnie ta podwójna perspektywa sprawia, że w sprawie eksplozji coachingu, której jesteśmy świadkami, mam daleko idącą powściągliwość. Więcej powiem. Kiedy się przyglądam niektórym przejawom życia polskiej społeczności coachingowej to prawie się za głowę łapię nad tym, co się tam wyprawia. Chaos metodologiczny, pomieszanie języków, zwalczające się szkoły, a nawet po wielokroć praktyki na granicy mojego wyczucia etyczności w usługach doradczo – rozwojowych. A wszystko obficie posmarowane pozytywnym skądinąd zapałem i deklarowaną pasją.

Ale zacznijmy od początku. Korzenie coachingu, tak jak go dziś rozumiemy, sięgają relacji mistrz-uczeń i doradca-klient, znanej już w czasach biblijnych, a mocno rozwiniętej w średniowieczu. Już wtedy uczyć się wypadało u mistrza, mądrze korzystając z wartościowych rad dobrze dobranych ekspertów.

Drugim źródłem inspiracji dla naszego dzisiejszego pojmowania coachingu jest sport. Sportowiec – jak by nie był wybitny – potrzebuje trenera. Trener jest w stanie bardzo pomóc, ale i bardzo zaszkodzić. Wystarczy spojrzeć na Adama Małysza, siatkarzy, siatkarki, szczypiornistów czy futbolistów. Niby ci sami ludzie, a jednak zmiana trenera zaskakująco szybko i zaskakująco mocno przenosi się na wyniki i rozwój kariery każdego sportowca. Właśnie dlatego wielu coachów szuka analogii między trenerem sportowym a coachingiem. Takie analogie owszem, istnieją, zostały zresztą dość gruntownie zbadane i opisane przez  Timothy Galwey’a w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a później rozwinięte przez Johna Whitmore’a, twórcę metodologii GROW. Wiele można o obu panach i ich dorobku przeczytać w Internecie, szkoda tylko, że dzisiejsza populacja coachów tak wybiórczo i życzeniowo interpretuje ich myśli i zasady.

 

(Cd w numerze)

 

 

 

 

Home : O nas  : Reklama : Prenumerata : Archiwum : Kontakt

ASAO 2008