|
 |
Coaching
dobry na wszystko?
Mam kłopot.
Patrzę na coachingowy boom w
Polsce z dwóch perspektyw.
Po pierwsze – sam jestem od
wielu lat trenerem i coachem,
mam doświadczenie pracy z
managerami z 15 krajów
europejskich, których
uczyłem między innymi
coachingu. Mam pasję, zależy
mi na rozwoju managerów i
ich pracowników. Zależy mi
też na tym, żeby firmy
korzystały z nowoczesnych, a
przez to skutecznych form i
metod rozwoju kadr. Żeby
przyciągały, zatrzymywały i
rozwijały talenty swoich
ludzi. Dużo się zresztą dziś
mówi o „wojnie na talenty”,
o gospodarce, która się
opiera na wiedzy i
kompetencjach raczej niż na
materialnych zasobach jako o
strategicznej przewadze
firmy. Oczywistym jest także
to, że zarabiam, kiedy moi
klienci kupują ode mnie
coaching, więc chcę, żeby go
kupowali jak najwięcej.
Dariusz Duma
Mam jednak drugą perspektywę.
Jestem aktywnym
przedsiębiorcą, inwestującym
w firmy w branży usług, IT,
finansów i ochrony zdrowia.
Inwestuję i zarządzam.
Bardzo często znajduję się
więc po drugiej stronie –
kupuję szkolenia, coaching,
czy też prowadzę je dla
ludzi ze swoich firm. To coś
zupełnie innego, niż projekt
rozwojowy dla klienta.
Perspektywa przedsiębiorcy/managera
to przede wszystkim wizja i
biznesowy pragmatyzm. Walka
z konkurencją,
zdyscyplinowane zmierzanie
do celu, szukanie wzrostu
przychodów i redukcji
kosztów. Koncentracja i
mobilizacja.
To właśnie ta podwójna
perspektywa sprawia, że w
sprawie eksplozji coachingu,
której jesteśmy świadkami,
mam daleko idącą
powściągliwość. Więcej
powiem. Kiedy się przyglądam
niektórym przejawom życia
polskiej społeczności
coachingowej to prawie się
za głowę łapię nad tym, co
się tam wyprawia. Chaos
metodologiczny, pomieszanie
języków, zwalczające się
szkoły, a nawet po wielokroć
praktyki na granicy mojego
wyczucia etyczności w
usługach doradczo –
rozwojowych. A wszystko
obficie posmarowane
pozytywnym skądinąd zapałem
i deklarowaną pasją.
Ale zacznijmy od początku.
Korzenie coachingu, tak jak
go dziś rozumiemy, sięgają
relacji mistrz-uczeń i
doradca-klient, znanej już w
czasach biblijnych, a mocno
rozwiniętej w średniowieczu.
Już wtedy uczyć się wypadało
u mistrza, mądrze
korzystając z wartościowych
rad dobrze dobranych
ekspertów.
Drugim źródłem inspiracji
dla naszego dzisiejszego
pojmowania coachingu jest
sport. Sportowiec – jak by
nie był wybitny – potrzebuje
trenera. Trener jest w
stanie bardzo pomóc, ale i
bardzo zaszkodzić. Wystarczy
spojrzeć na Adama Małysza,
siatkarzy, siatkarki,
szczypiornistów czy
futbolistów. Niby ci sami
ludzie, a jednak zmiana
trenera zaskakująco szybko i
zaskakująco mocno przenosi
się na wyniki i rozwój
kariery każdego sportowca.
Właśnie dlatego wielu
coachów szuka analogii
między trenerem sportowym a
coachingiem. Takie analogie
owszem, istnieją, zostały
zresztą dość gruntownie
zbadane i opisane przez
Timothy Galwey’a w latach
siedemdziesiątych ubiegłego
wieku, a później rozwinięte
przez Johna Whitmore’a,
twórcę metodologii GROW.
Wiele można o obu panach i
ich dorobku przeczytać w
Internecie, szkoda tylko, że
dzisiejsza populacja coachów
tak wybiórczo i życzeniowo
interpretuje ich myśli i
zasady.
(Cd w numerze)
|