Styczeń 2010 Nr 1

 

 

 

 

Z coachem czy bez coacha

 

Jedno z najmodniejszych ostatnio pytań zadawanych sobie przez przedstawicieli średniej i wyższej kadry menedżerskiej dotyczy posiadania coacha. „Masz coacha?” pojawia się zastanawiająco często, z intonacją mogącą wskazywać na fakt, iż posiadanie coacha, a więc skrzyżowania psychoanalityka z mentorem i trenerem w jednym, jest równoznaczne z nabyciem np. Mercedesa S-klasse. Czyżby więc ten legendarny coach stawał się dla nas elementem stałym menedżerskiego krajobrazu i wymarzonym cackiem na czterech kółkach w jednym? Na pewno jest odpowiedzią na walkę z czymś tak powszechnym, jak stres.

 

Grażyna Piotrowska-Oliwa

 

Coaching najprościej można zdefiniować jako pomoc w kierowaniu rozwojem umiejętności oraz kompetencji danej osoby, która jest oparta na zaufaniu i partnerskiej relacji między trenerem, a osobą coachowaną. Wspólnie z coachem uzgadnia się cele, które będą realizowane, a potem zostaje już tylko ciężka praca w celu ich osiągnięcia.

Na pierwszy rzut oka całość trąci psychoanalitykiem. Przecież to właśnie w jego gabinecie pacjenci uświadamiają sobie genezę istniejących problemów i poszukują drogi sprawnego z nich wyjścia. Ale coach wyłącznie psychoanalitykiem nie jest – on ma być też mentorem, starszym bratem lub siostrą, skarbnicą mądrości życiowej itd. – czyli przewodnikiem po krętych ścieżkach kariery albo ludzkiej osobowości.

Specjaliści od coachingu obiecują rozwiązanie wszystkich problemów, zrobienie z nas wspanialszych ludzi (zawsze mi to trąci nadczłowiekiem Nietzschego). Warto jednak pamiętać, że w środowiskach akademickich teorie coachingu niejednokrotnie nadal uważane są za paranaukę. Jaki więc to wszystko ma sens i czy faktycznie do rozwiązywania problemów zarządczych albo do poradzenia sobie z własną osobowością potrzebujemy coachingu, za ciężkie pieniądze zresztą?

 

(Cd w numerze)

 

 

 

 

Home : O nas  : Reklama : Prenumerata : Archiwum : Kontakt

ASAO 2008