|
Z coachem
czy bez coacha
Jedno z
najmodniejszych ostatnio
pytań zadawanych sobie przez
przedstawicieli średniej i
wyższej kadry menedżerskiej
dotyczy posiadania coacha. „Masz
coacha?” pojawia się
zastanawiająco często, z
intonacją mogącą wskazywać
na fakt, iż posiadanie
coacha, a więc skrzyżowania
psychoanalityka z mentorem i
trenerem w jednym, jest
równoznaczne z nabyciem np.
Mercedesa S-klasse. Czyżby
więc ten legendarny coach
stawał się dla nas elementem
stałym menedżerskiego
krajobrazu i wymarzonym
cackiem na czterech kółkach
w jednym? Na pewno jest
odpowiedzią na walkę z czymś
tak powszechnym, jak stres.
Grażyna Piotrowska-Oliwa
Coaching najprościej można
zdefiniować jako pomoc w
kierowaniu rozwojem
umiejętności oraz
kompetencji danej osoby,
która jest oparta na
zaufaniu i partnerskiej
relacji między trenerem, a
osobą coachowaną. Wspólnie z
coachem uzgadnia się cele,
które będą realizowane, a
potem zostaje już tylko
ciężka praca w celu ich
osiągnięcia.
Na pierwszy rzut oka całość
trąci psychoanalitykiem.
Przecież to właśnie w jego
gabinecie pacjenci
uświadamiają sobie genezę
istniejących problemów i
poszukują drogi sprawnego z
nich wyjścia. Ale coach
wyłącznie psychoanalitykiem
nie jest – on ma być też
mentorem, starszym bratem
lub siostrą, skarbnicą
mądrości życiowej itd. –
czyli przewodnikiem po
krętych ścieżkach kariery
albo ludzkiej osobowości.
Specjaliści od coachingu
obiecują rozwiązanie
wszystkich problemów,
zrobienie z nas
wspanialszych ludzi (zawsze
mi to trąci nadczłowiekiem
Nietzschego). Warto jednak
pamiętać, że w środowiskach
akademickich teorie
coachingu niejednokrotnie
nadal uważane są za
paranaukę. Jaki więc to
wszystko ma sens i czy
faktycznie do rozwiązywania
problemów zarządczych albo
do poradzenia sobie z własną
osobowością potrzebujemy
coachingu, za ciężkie
pieniądze zresztą?
(Cd w numerze)
|